Wyszłam na powierzchnię . Miałam głęboki kryzys wewnętrzny na przełomie roku. Zapadłam się w ciemną dziurę bez dna. Ciemność i głucha cisza pokryła moją psychikę grubym kożuchem. Zapadłam w nerwowy letarg , który mnie obezwładnił i sponiewierał. A potem przyszła inność , gdzieś wewnątrz mnie zaczęła się tlić inna jakość własnej mnie, jak rozniecanie z mozołem ognia na ciemnym ugorze. Twarz oświetliło światło bez źródła a ja niczym ziarno tkwiące w uśpieniu w ciemnej ziemi zaczęłam nieśmiało wznosić się ku przyszłości. Tam gdzie nadzieja poranka i lepszego życia. Tam gdzie nie biczuję się negatywnymi myślami i nie upatruję w sobie ofiary. Teraz staję pewnie na nogach, gdy nadzieja otula mnie na odnalezienie prawdziwości tego co jest. Jest dobrze. W podzięce za to co mam stoję w oknie i obserwuję świat kiedy i on tak jak ja obudzi się do życia jak co roku. Żyję tym i tym co nadejdzie.
