Z upływem czasu zmieniam się ja i moja świadomość. Nastroje przypominają prawdziwa sinusoidę , raz jestem jakiś czas w totalnej życiowej euforii , a potem przychodzi mroczny czas. Teraz mam ten gorszy – poprzednią medytację przepłakałam, po nocy przyszła ogromna pustka i myśli : nie ma Boga, nie ma aniołów, nie ma niczego… Z tym wszystkim zniknął strach samej mnie – jak do tej pory chybotałam się jak liść na wietrze tak teraz jakby ktoś mnie wkopał w ziemię – zakorzeniłam się w codzienności. Dziwne to uczucie – przestać się bać śmierci, czekać z upragnieniem na powrót do Domu. Czuć jednocześnie jakiś bezkres w sobie.
