Dużo ostatnio pisałam o przemijaniu, ulotności życia i tym, że nic nie jest trwałe. Gdy próbuję płynąć na fali życia a nie pod prąd wszystko wydaje się prostsze choć niekoniecznie szczęśliwsze. Bo wielką sztuką jest umieć zaakceptować swoje życie nawet gdy przychodzą do nas trudne chwile. Umieć zanurzać się w nich tak samo jak w tych dobrych. Kto tak naprawdę umie położyć na jednakowych szalach radość i łzy ? Kto umie przyjmować wszystkie wydarzenia jednakowo z pogodzeniem się, że gdy jest cień to przyjdzie też słońce, a gdy jest radość poczujemy też łzy....
Do czego zmierzam ? Akceptacja biegu życia takim jaki do mnie przychodzi wytworzyła we mnie jedność. Cały świat zaczął mi się zlewać w jedno. Poczucie jedności ze wszystkim co jest, wytwarza we mnie dosyć niespotykane uczucie harmonii. Dziwne też było i jest wciąż wrażenie, że wszyscy i wszystko są tym samym choć rożnym na pozór. I żywione uczucia do wszystkich jednakie....
