Jestem i nie mam kompleksów. Noszę w sobie Miłość. Będąc dziś z konieczności na drodze krzyżowej doszło do mojego umysłu, że ja wcale nie chcę się umartwiać, nie chcę chylić głowę w imię urojonych grzechów. Patrzyłam na wielką postać Boga mówiąc do niego, gdzie Ty jesteś w tym wszystkim i co Cię tak naprawdę obchodzi. Czy Cię obchodzi, że ludzie nie jedzą mięsa w piątek, czy Cię obchodzi dreptanie ludzi od stacji do stacji na drodze krzyżowej ? Czy jest dla Ciebie ważne sypanie głowy popiołem ? Słyszę śmiech....
Pierdolenie.....
Jadę prostą drogą bez wybojów. Nie zabieram po drodze machających pierdzących anielic, nie truchleję wciskając gaz widząc demony. Nie daję się nabrać myślakom - potworniakom bzykających mi do ucha. Jadę mocna w sobie, prosto, do samego Źródła - tam skąd wypływa najczystsza energia i tam skąd my wszyscy pochodzimy.... Nic innego nie jest ważne i prawdziwe. Jadę do Domu...
Posłuchajcie tego utworu, zamknijcie oczy, w drogę.....
Są rzeczy, których nie da się logicznie wytłumaczyć, takie których nie da się wsadzić w żadne regułki, definicje i wzory. W takich momentach zdajemy sobie sprawę jak mało wiemy o sobie i całym Wszechświecie. Gdy tylko wierzymy w to co nas nauczyli w szkole i że świat jest od tylko punktu A do punkt B. Tymczasem nie jesteśmy jak zamknięta metalowa puszka , ale mamy w sobie WSZYSTKO CO ISTNIEJE. A nasza świadomość połączenia ZE WSZYSTKIM CO JEST buduje się cierpliwie każdego dnia gdy nasz umysł zacznie wychodzić poza własne granice.
W niedzielę i we wtorek doświadczyłam rzeczy , które przekroczyły możliwości mojej wyobraźni.
Jakiś czas temu miałam po obiedzie sen, przyśniła mi się postać chłopaka który był znajomym mojej córki. Był z nią w naszym salonie w którym było gęsto od jakiegoś siwego dymu. Od chłopaka biła bardzo niska , mulasta, nieprzyjemna energia. Dokładnie taką samą czułam gdy przechodziłam pranie swego umysłu z brudów w medytacji i widziałam postacie od których biła taka sama mroczna siła. Ale teraz byłam już mądrzejsza w śnie wyprosiłam chłopaka z domu jakbym go od razu przejrzała kim jest. Przebudziłam się, ale jakaś automatyczna myśl mi przyszła do głowy, że to jest materializacja mojego obecnego lęku (problemy w pracy – byłam wtedy trochę w dupowatym nastroju). Przymknęłam na chwilę oczy i mając tego świadomość zamieniłam gówniarza w karalucha i rozdeptałam nogą.
Czy rzeczy martwe mają świadomość ? Taka sytuacja - mam lodówkę , która zachowuje się dziwnie. Strzela i puka co jakiś czas. Mąż miał do mnie pretensje, że on idzie spać a gdy ja siedzę na dole jeszcze to walę trepami i on nie może spać. Tłumaczyłam mu, że chodzę wtedy w bamboszach a to lodówka strzela. Sam się potem przekonał o tym. W czwartek się już wkurzyłam, siedzę przy kompie a ona znowu zaczyna swoje. Zaczęłam na nią krzyczeć mega wkurzona:
W środę położyłam się jak zwykle późno spać , nie mogłam zasnąć. I tak leżąc sobie nagle czuję, że coś się przeciska w głowie w górę. Uczucie dziwne jakby się ponosiły wszystkie wnętrzności i raczej niezbyt przyjemne. Zaczynam głęboko oddychać i skupiać się na swoim oddechu - to mi zawsze pomaga gdy się czegoś boję. Skupianie uwagi na oddechu powoduje też, że wiem, że jestem tu gdzie jestem i nie mam się czego bać , bo przecież nie wyjdzie nagle śmierdzący potwór ze ściany żeby mnie udusić.
Kiedy zaczynamy medytować i podniecać się wizjami które zaczynamy widzieć, wpadamy w mały obłęd. A gdy już zobaczymy anioły, matki boskie i jezusy to czujemy się wybrani. Umysł jak małpa skacze od wizji do wizji wierząc, że to wszystko jest prawdziwe, że tam u góry jest niebiańskie królestwo, siedzi pan Bóg wielki i straszny z siwą brodą, który nas potem wybiczuje za nasze grzechy i strąci do czeluści piekielnych.
Oj dawno nie miałam żadnych wizji, dlatego byłam zaskoczona gdy podczas głębokiej relaksacji mój umysł zarejestrował ciekawą rzecz. Uczestniczyłam w prowadzonej medytacji.
Prowadzący mówił nam, że idziemy na łąkę , potem pod wodospad, żeby się oczyścić , potem każdy wlazł do swojej jaskini - takiej bezpiecznej twierdzy, miała ona mieć tylko jedno wejście i nic więcej. Ja zamiast słuchać prowadzącego zauważyłam, że moja ma jeszcze jakieś drzwi - otworzyłam je i wyszłam na taras. Przed tarasem stała kupa ludzi i czekała. Wszyscy na biało i byli jacyś dziwni, jak uśpieni czy zombi , bez krwi, ale i bez emocji jakby każdy był taki sam w wyglądzie. W ciszy każdy z nich podchodził do mnie do tego tarasu ja im przykładałam rękę na serce i ich białe serca się zapalały na czerwono po czym w milczeniu odchodzili i podchodził następny i tak w kółko. Aż do momentu kiedy prowadzący kazał nam wyjść z jaskini i kierować się do wodospadu. Ja nie miałam w sobie żadnych emocji ani ci ludzie zupełny constans. Bardzo to dziwne to było.